Wychowani w Pałacu

Przyjeżdżają tu od lat. Raz w roku, w ostatni weekend sierpnia. Ciągną do tego miejsca z różnych stron. Z kraju i zza granicy: Anglii, Niemiec, Szwecji czy dalekiej Norwegi. Po prostu skąd się da i czym się da. Jachtem, samochodem, camperem, a niektórzy to nawet kajakiem.

Pieczarki – magiczne miejsce na Mazurach, o którym na szczęście nie wiedzą jeszcze turyści.   Ci, co to za swoje pięćset plus tak skrupulatnie dewastują nie tylko Mazury. Miejsce o którym lepiej, by tacy jak oni, nigdy się nie dowiedzieli i nigdy tutaj nie trafili. Takie miejsca mogą jeszcze istnieć i przetrwać tylko dlatego, że są dostępne tylko dla tych, którym nieobce jest znaczenie słowa: kultura. Ci, którzy tutaj trafiają dobrze je znają od dziecka.

Ma wszystko co trzeba. Elewację, co jeszcze niedawno lśniła bielą. W środku: stiuki, marmury i schody, co skrzypią. I ogród zimowy, jak przystało na duży pałac. I tylko pływalnia dziwi, że znalazła się w pałacowym otoczeniu. Stoi w samym centrum Warszawy. I nie jest królewski, a nawet książęcy. To Pałac Kultury i Nauki – pomnik socrealizmu, dar Stalina dla ludu Warszawy. W nim mieści się Pałac Młodzieży – i on ich wychował.

Przedziwna placówka edukacyjna tamtych lat. Swoista enklawa, istniejąca w gąszczu szkół i różnego rodzaju „tysiąclatek”, mających za zadanie wychowanie nowego, „socjalistycznego człowieka”. Czy aby czegoś wam to teraz nie przypomina?

A jednak to ludzie, a nie dyrektywy kształtują i tworzą prawdziwą rzeczywistość. I tacy znaleźli się wtedy, w Pałacu Młodzieży. Jedni wyrzuceni ze szkół za poglądy, inicjatywę, życiorys, czy tylko po prostu za to, że nie pasowali do linii jaką uznawała ówczesna władza. Inni z własnego wyboru, bo nie chcieli się z taką władzą identyfikować. I tak, część Pałacu Kultury i Nauki – symbolu stalinizmu, paradoksalnie stała się miejscem w którym młodzież chłonęła zupełnie inną wiedzę i inne wartości. Nie taką, jaką z uporem przyswajała im ówczesna szkoła. Tutaj mieli okazję zetknąć się z ludźmi, o często pokręconych, wojennych życiorysach, którzy opowiadali im swoje losy i swoje historie. Pokazali im zupełnie inny świat.

Świat kompletnie różny od tego, co ich wówczas otaczało, na ulicy i w szkole. Przy tym pozwalali tym dzieciom realizować swoje pasje i zainteresowania nie ograniczając ich swobody. Potrafili dać im dużo wolności, a jednocześnie dbali o ich bezpieczeństwo. Byli raczej ich przewodnikami po otaczającej rzeczywistości. Nie mieli nic z charakteru bezdusznego belfra. Co ciekawe: udało im się skutecznie zaadoptować prosty mechanizm jaki od lat funkcjonuje w wielodzietnych rodzinach, gdy starsze rodzeństwo opiekuje się młodszym. W Pałacu Młodzieży było tak samo, tyle że na większą skalę. Starszy kolega, czy koleżanka wprowadzali młodszego w arkana swojej dziedziny. A wszystko to pod czujnym okiem instruktora prowadzącego zajęcia. Sprzyjał temu system pokonywania kolejnych progów zdobywania wiedzy i nowych uprawnień. Bo jeśli „złota odznaka”, to najpierw trzeba uzyskać kolejno: brązową i srebrną. A z tym wiązało się ukończenie kursów o różnych specjalnościach: fotograficznego, tańca towarzyskiego, pływania, języka obcego. Zwieńczeniem tego wszystkiego było uzyskanie prawdziwego prawa jazdy, które nobilitowało takiego delikwenta do elitarnego Klubu „Złotej Odznaki Pm”.

Elitarnego, bo nie wszystkim się udawało. Lecz system nie pomijał tych pozostałych i nikt nie był wyrzucany za burtę. Każdy mógł znaleźć swoje miejsce w tej społeczności. Możliwości własnego rozwoju i wyboru było wiele: uczestnik, funkcyjny, asystent instruktora, czy też sternik, ratownik itp. Do dyspozycji: czytelnia, biblioteka, dyskusyjny klub filmowy, pływalnia i dziesiątki pracowni tematycznych. To wszystko na terenie jednego obiektu w centrum Warszawy, doskonale skomunikowanego z każdą częścią miasta i jego okolic. Pałac uczył też szacunku do pracy, co było wtedy chyba ewenementem. Na ogół w tamtym czasie dominowało powiedzenie „czy się stoi, czy się leży – dwa tysiące się należy.”

Tymczasem pałacowa młodzież zaganiana była do różnych innych aktywności niż te związane z uczestnictwem w pracowniach do których się zapisali. Podstawą była praca w Młodzieżowej Służbie Pałacowej („MSP”). To, co dzisiaj jest domeną emerytów, dorabiających sobie w różnych firmach ochroniarskich, było wówczas dobrym zajęciem dla młodego człowieka. Portierzy mieli swoje punkty w strategicznych miejscach, takich samych jak dzisiaj – przy głównych wejściach. Do pomocy mieli uczestników z „MSP”. Z tym że ci ostatni nie ograniczali się tylko do sprawdzania legitymacji uprawniających do wejścia na teren obiektu, lecz służyli młodszym pomocą w znalezieniu i zaprowadzeniu ich do właściwej pracowni, biblioteki, czytelni, świetlicy czy też bufetu. Słowem pomagali im się odnaleźć w gąszczu tych zakamarków. Starsi czuwali nad prawidłową organizacją tej służby. Tych drugich wyróżniały czerwone plakietki, od tych niebieskich – dla pozostałych.

Jedni i drudzy otrzymywali godziwą zapłatę. Za każdy taki dyżur przysługiwała odpowiednia ilość punktów. Te, na koniec roku szkolnego, były przeliczane na konkretne złotówki, które można było wykorzystać podczas akcji letniej. A ta oferowała uczestnikom udział w przeróżnych obozach: trzytygodniowych turnusach stacjonarnych w Pieczarkach i dwutygodniowych wędrownych: kajakowych, rowerowych i żeglarskich. Najwięcej takich punktów można było zdobyć podczas zimowych ferii. Przez dwa tygodnie, trzy razy dziennie odbywały się imprezy „choinkowe” dla dzieci z zewnątrz z bogatym programem artystycznym. Jednak największą atrakcją cieszyła się zjeżdżalnia z trzeciego piętra do poziomu poniżej parteru. W czasie kiedy dzieci były pod opieką instruktorów i młodzieżowej służby pałacowej ich rodzice mieli zapewniony osobny program artystyczny. Ten sam czas spędzali na widowni, jedynej wówczas dwudziestopięcio-metrowej  pływali. Tam odbywał się pokaz skoków do wody (z dziesięcio-metrowej wieży) i baletu na wodzie, który dzisiaj nazywa się pływaniem synchronicznym. Takie przedsięwzięcie wymagało nie tylko przygotowań i dobrej organizacji. Potrzeba było do tego sporej liczby osób. I uczestnicy z różnych pracowni mieli szansę pokazania zdobytych tutaj umiejętności. Była to też okazja do powiększenia swojego dorobku punktowego. To gwarantowało pełnoprawny udział w akcji letniej, na niejednym obozie. Czasem zdarzało się i tak, że rodzic nie musiał nic płacić za swoją pociechę, bo ta sobie sama wypracowała  swoje wakacje. Tak to działało.

Ubocznym efektem było to, że ta „pałacowa”, kilkuset-osobowa społeczność miała sposobność bliżej się poznać i zintegrować. Nie byli zamknięci w bańkach poszczególnych pracowni, jak to ma dzisiaj miejsce w grupach znajomych na Fb. Spotykali się wszędzie. Mieli wiele możliwości wzajemnego poznania. A to na kursach złotej oznaki, a to podczas pałacowej służby, a to w dyskusyjnym klubie filmowym, czytelni, bibliotece, w świetlicy, czy bufecie. A po zakończeniu roku szkolnego, podczas wakacji, spotykali się w Pieczarkach właśnie. Tu, na jednym turnusie było około pięciuset dzieciaków. Tak tworzyły się więzi, które o dziwo przetrwały do dzisiaj.

I teraz w sierpniu, każdego roku wracają jak bociany na wiosnę. Jak to zwykle bywa zrządził przypadek. Nazywał się Henryk Jankowski i był wieloletnim organizatorem Akcji Letniej Pm. Na 30-lecie istnienia ośrodka w Pieczarkach wymyślił zlot swoich wychowanków. Zaczęło się od Złotych Odznakowiczów. Tych było znaleźć najłatwiej. Ich nazwiska figurowały w pałacowym archiwum. I przyjechali, i było im mało. Postanowili kontynuować tę inicjatywę. Skoro, za pierwszym razem, tylu ich tu przyjechało, to czemu nie spotkać się w szerszym gronie. Tak narodził się pomysł, by zorganizować zlot dla wszystkich wychowanków Pałacu Młodzieży. Okazało się, że każdy do kogoś ma jakiś kontakt. Nie trzeba było Fb., by nieoczekiwanie stworzyła się sieć wzajemnych powiązań. Powiązań, które połączyły roczniki i pokolenia wychowanków, którzy wcześniej się nie znali i nigdy nie spotkali. I teraz bywa tak, że przy jednym stole potrafią zasiąść trzy pokolenia różnych uczestników tej samej placówki edukacyjnej.

I tak jest rokrocznie, w ostatni weekend sierpnia. To, że spotykają się tutaj od lat, w coraz większym gronie zawdzięczają jednej osobie – Halinie Matusik. Ona to wszystko ogarnia. Cały ten organizacyjny bałagan: z zaproszeniami, kontaktami, płatnościami, noclegami i innymi drobiazgami. Tym razem było jej wyjątkowo trudno. Długotrwały lockdown wzmógł potrzebę wzajemnych kontaktów i relacji w żywym, nie wirtualnym świecie. Dopisała rekordowa frekwencja. W ten deszczowy i jesienny weekend sierpnia do Pieczarek zjechało około stu uczestników. Mimo deszczu i chłodu nikt się nie nudził. I każdy znalazł miejsce swojej aktywności. Tutaj nie ma dyrektorów, prezesów i kierowników wszelakiej maści. A jeśli jakiś walendziak przypadkiem się tutaj zabłąka, to szybko zostanie postawiony na właściwe tory. Bo tutaj liczą się: Aśki, Halinki, Lilki, Zośki, Bosmany, Jareckie, Jaźwiny, Wyderki i inne tego typu Słonie.

Nie byłoby to możliwe, gdyby wcześniej nie było ludzi takich jak: Jerzy Berek, Jerzy Musiał, Paweł Berek, Henryk Jankowiak, Aleksander Rękas, czy Stefan Reklewski – pieszczotliwie zwany „Papciem”, i wielu, wielu innych. I choć te postacie nie są znane szerszej publiczności, to dla tych którzy tu przyjeżdżają wciąż są ważne. To im zawdzięczamy ten klimat, jaki wtedy stworzyli. I na tym właśnie polega magia tego miejsca. Przyroda tutaj nie jest tylko tłem. Jest istotnym dopełnieniem tego obrazu.

Andrzej Jaźwiński

Galeria zdjęć "Jareckiego" - Jarosława Grabowskiego