Młodzież starsza i On – sts „Fryderyk Chopin”

Breaking News!

TVN podaje, że pewien gość bierze udział w warsztatach „profesjonalnego darcia ryja”. Facet jest kapitanem żaglowca. I taka nauka przyda mu się w jego zawodzie. Będzie mógł fachowo i profesjonalnie drzeć się na swoją załogę. Strzeżcie się takich kapitanów i takich żaglowców. Marna to pociecha, że to żaden z „Fryderyka Chopina”.

Sto pięćdziesiąt siedem stóp pasji. Tyle długości mierzy najmłodszy polski żaglowiec. Nazywa się sts „Fryderyk Chopin”. I tyle stóp zapału energii i pasji właśnie znajdzie każdy, kto zawita pod jego banderę. I oni ją tam znaleźli. Po raz pierwszy trafili na jego pokład przypadkiem. Był październik 2019 roku, gdy urokliwa Lizbona powitała ich jesiennym deszczem. Szybko jednak pojawiło się słońce. Już następnego dnia, wraz z zawinięciem polskiego brygu do pobliskiego Cascais. I w takich nastrojach wchodzili wówczas na pokład tego żaglowca.

Jachting – to jedno słowo miało być kluczem ich morskiej eskapady. Wybrali trasę obfitującą w leniwe i długie fale południowego Atlantyku. Miało być bezpiecznie, komfortowo, ciepło i przyjemnie. I było. Odwiedzili: Lizbonę, Cascais, Lagos, Portimao i Setubal. Przyjemności to do siebie mają, że szybko mijają. Tygodniowy rejs po ciepłych wodach, a im ciągle było mało. Ze smutkiem żegnali gościnny pokład „Fryderyka Chopina” z mocnym postanowieniem, że zaraz tu wrócą. I tak jak postanowili, tak zrobili. Zaplanowali kolejną morską wycieczkę na następny rok. I nie popłynęli.

Na przeszkodzie stanęła pandemia. Covid 19 skutecznie unieruchomił na długi czas wszelkie aktywności. Nie tylko te urlopowe. Dopiero teraz złapali chwilę oddechu. Skutecznie to wykorzystali i znowu, w podobnym składzie, zameldowali się w Listopadzie na pokładzie „Fryderyka Chopina”. On, choć wciąż najmłodszy z polskich żaglowców, to z widocznymi rysami starości. Klasyczne jego piękno co raz widoczniej odkrywa ślady przebytych mil morskiej włóczęgi i regatowych sukcesów. Na całym jego ciele powoli odciska się ta piękna patyna przynależna tylko żeglarzom dojrzałym i doświadczonym. Co raz częściej wymaga wzmożonej uwagi i bosmańskiej roboty. Tak po prostu mają statki z duszą. Z upływem lat potrzebują więcej pielęgnacji i troski. A to planki z pokładu trzeba wymienić. A to rdzę fachowo usunąć. A to gdzieniegdzie coś wyszlifować i podmalować. Naoliwić, naprawić, i poprawić to, co nie działa jak trzeba. Taki żaglowiec jak ON błędów nie wybacza. Potrafi dokuczyć w najmniej spodziewanym momencie, jeśli wcześniej nie zadbasz o niego jak należy. Lecz jeśli pokażesz mu respekt, pasję i pracę odwdzięczy się tobie z nawiązką, w najgorszym sztormie.

A wszystko to na barkach młodzieży stoi. Nazywają siebie „szkieletorami”. Wychowała ich „Niebieska Szkoła”. I to oni są solą tego żaglowca. Stanowią podstawowy trzon załogi, która jest w stanie bezpiecznie go obsłużyć w każdych warunkach pogodowych. Są jego kręgosłupem i szkieletem. Tym razem to szkieletorki wodziły prym na tym pokładzie. To one z gracją sikorek fruwały po wantach i obsiadywały jego reje. Co ciekawe wśród tego grona szkieletorów nie było nikogo z ich poprzedniego rejsu. Czyżby morze wylało ich na ląd? Na zawsze, czy tylko na chwilę?

Randka na rei

Fakt, przez pokład tego żaglowca przewija się ogrom młodzieży rocznie. Jedni odchodzą, a na ich miejsce przychodzą inni. Lecz co zniechęca tych drugich? Bo chyba nie praca na morzu i podział na wachty? A może tradycyjna, polska szkoła wychowania na morzu jest tego przyczyną? Szkoła gdzie kapitan jest tym „pierwszym po bogu”, potem długo, długo nic, dalej oficerowie, a dopiero na szarym końcu załoga do czarnej roboty. Dyscyplina na takim żaglowcu to podstawa. I tu pełna zgoda. Lecz przesadna hierarchia już niekoniecznie. Profesjonalista, pewny swoich możliwości nie musi przecież na każdym kroku udowadniać swojej wyższości. Mistrzostwo kambuza nie polega na tym, by nic się nie zmarnowało. By nic nie wyrzucać za burtę, a to co zostało ponownie przepuszczać  przez gardła załogi. Nie musi tak być by stół, który zawsze nas łączy, tutaj był linią podziału. Można to przecież inaczej zorganizować. Nawet przy pełnym komplecie uczestników rejsu. Możliwości jest wiele. Wystarczy odrobina chęci do wzajemnej integracji. Tak, by kapitan i kadra też mogli zasiąść do wspólnego posiłku z innymi. Taki drobiazg, gdy jedni jadają w messie, a drudzy w salonie ustawia całą hierarchię ważności. Czasem drobne niezrozumienie potrafi urosnąć do niebotycznych rozmiarów. Tak było na El Bravo, gdy w jednej messie, przy dwóch stołach jadała międzynarodowa załoga: Polacy, Niemcy, Austriacy. Zrodził się konflikt, że jedni na drugich plotkują w swoich językach. Wystarczyło proste rozwiązanie. Szybko ustalono, że na jachcie obowiązuje wyłącznie jeden język – angielski. Taki drobiazg: prosta komunikacja. To ona, obok pokładowej dyscypliny determinuje życie takiej mikro społeczności. A tego żadna polska tradycja nie uczy. Co widać słychać i czuć w wypowiedzi tego kapitana, który z takim zapałem uczy się profesjonalnego „darcia ryja”.

I chyba tylko brakiem takiej komunikacji między kadrą, a załogą można wytłumaczyć brak zawinięcia w tym rejsie sts”Fryderyk Chopin” do Kadyksu. Możliwości kotwiczenia w tej okolicy są. Zamiast tego zafundowano im postój przy kei w Portimao. Miasteczku typowo wypoczynkowym, o żadnych walorach krajoznawczych i turystycznych. Nawet przepiękna plaża nie była im w stanie tego zrekompensować. Trudno się kąpać, nawet w ciepłych wodach, w połowie Listopada. Ominięcie Kadyksu to jednak trochę żal.

Takie myśli i refleksje kołatały się w ich głowach podczas tego rejsu na trasie Lizbona – Malaga. A kim są ci oni? To młodzież starsza – wychowankowie sekcji żeglarskiej warszawskiego Pałacu Młodzieży. Żeglarze doświadczeni, o bogatym dorobku morskim i śródlądowym. Wiedzący co to szplajs i splot, cuma i szpring, kabestan i winda kotwiczna, fokmaszt i grotmaszt, bukszpryt i ster. Żeglarze, którzy nie jeden pokład już odwiedzili.

Nauczeni w młodości pracy zespołowej szybko zintegrowali się ze szkieletorami. I znowu, jak za dawnych lat, jedni uczyli się od drugich. Młodzież starsza trzymała się jednej wachty, tej w której było im bezpieczniej i lżej. Cóż, każdy wiek ma swoje prawa. Młodzież prawdziwa – sikorki, szkieletorki uczyła tę starszą pracy na rejach. One ze swadą i swobodą młodości pokonywały kolejne wysokości na poszczególnych rejach. W ślad za nimi podążała młodzież starsza. Czasem niezgrabnie i niezdarnie ale z taką samą pasją jaką robiły to sikorki. Jednym udawało się to lepiej, innym trochę gorzej ale żaden nie odmówił spróbowania swoich sił w tej morskiej ekwilibrystyce.

Za to młodzież starsza rewanżowała się sikorkom ucząc je prac bosmańskich, etykiety żeglarskiej i dobrych, morskich obyczajów. Czasem młodzież starsza wskazywała tym młodszym prostsze sposoby wykonania tej samej pracy, czy organizacji wachty. W sumie na jednej wachcie było łącznie kilkunastu załogantów. A przy takiej liczbie wachtowych zawsze można coś usprawnić. I młodzież starsza wiedziała jak to zrobić. Tak zrodziły się więzi międzypokoleniowe. Czy utrzymają się dłużej niż tylko na ten rejs? Trudno powiedzieć ale i tak było warto . I nie było też tak, że tylko relacje między sikorkami, a młodzieżą starszą miały w tym rejsie jedyne znaczenie. Dużo się działo też i na innych polach. Dość powiedzieć, że pewna randka na rei zakończyła się spektakularnymi oświadczynami. Był pierścionek zaręczynowy, i nie wpadł do morza, było zaskoczenie oblubienicy, szampan, fanfary i wszystko co trzeba.

Tylko Kadyks gdzieś im się zgubił po drodze. Pozostał na horyzoncie. Jak smutek i żal. Lecz oni już wiedzą, że jachting ciągle smakuje tak samo. Nie ważne ile ma się przebytych mil i lat.

P.S.

Zabrakło tylko organizatora i autora. Zamiast niego popłynęła jego książka –  „Smak Jachtingu”. I po raz pierwszy zwodowana została właśnie na tym pokładzie.  A fotorelację przygotowali ci co tam byli, czyli: Waldemar Burgs, Jarosław Grabowski, Zdzisław Sobierajski i Basia – „szkieletorka”.

W tym samym czasie on podpisywał swoją książkę na targach żeglarskich w Warszawie. I tak, gdy jedni uprawiali jachting w praktyce autor musiał zadowolić się morskimi opowieściami podczas Warszawskiego Salonu Jachtowego.

Andrzej Jaźwiński

Więcej takich historii: O połamanych masztach, prestiżowych regatach, sztormach i białych szkwałach. O spotkaniach, o nietuzinkowych ludziach, o celebrytach, o możnych tego świata, a nawet królach i dyktatorach. Słowem o żeglowaniu przez życie pełne niespodzianek. Tylko w książce: https://avidsailor.pl/?page_id=1194