Flaga „P”– wychodzimy w morze!

Tyle znaczy ta dolna flaga w rozumieniu Międzynarodowego Kodu Sygnałowego. Po raz pierwszy pojawiła się u niego, gdy zameldował się na pokładzie małego kultowego jachtu. Miał wtedy jedenaście lat i dopiero rozpoczynał swoją żeglarską przygodę. Port składał się z niewielkiego pomostu, przy którym cumowały jednomasztowe SZ-ty* i drewniane Omegi. Doskonale widoczne z namiotów, w których spała rzesza dzieciaków takich jak on. Tutaj, w Pieczarkach, mieścił się letni ośrodek kolonijny warszawskiego Pałacu Młodzieży. Uwagę chudego dzieciaka przykuł mały drewniany slup z czerwonym toporkiem na żaglu. Jacht klasy Pirat, tak jak Omega był wówczas bardzo popularny na szlaku Wielkich Jezior Mazurskich. Jezioro Dargin i Mazury były jego pierwszym morzem, na które wypłynął niewielkim Piratem.

Z czasem flaga „P” nabierała nowych znaczeń. „P” – jak pasja zawładnęła jego życiem. Pasji poświęcił się całkowicie. Nie tylko tej żeglarskiej, kiedy z dużą dozą cierpliwości odkrywał nowe horyzonty. Dystans od żeglarza do kapitana pokonał szybko i w naturalnym tempie. Eksplorował Bałtyk i Morze Północne. W 1975 roku wraz z innymi żeglarzami z Pałacu Młodzieży dopłynął na Spitsbergen. Zaowocowało to trzecią nagrodą Rejs Roku.

P” – jak przyjaźnie, też pojawiły się szybko. Żeglarskie, zawodowe i te studenckie. Trudno powiedzieć, które ceni sobie najbardziej. Fakt jest taki, że wiele z nich trwa już ponad pół wieku. Otwarty na ludzi chłonął otaczający go świat na każdym etapie swojego życia. Artystyczna dusza, ukształtowana w liceum plastycznym, prowadziła go krętymi ścieżkami. Pędzel i ołówek szybko zamienił na gitarę i kontrabas. Pasji do morza nie. Potrafił to w sobie połączyć. Na tyle skutecznie, że na studia wyemigrował z Warszawy. Do Trójmiasta, bo gdzieżby gdzie indziej. Tam odnalazł go Rudi Schubert i Paweł na długo zagościł w Wałach Jagielońskich.

No właśnie, „P” – jak Paweł Tiunin, bo o nim tu mowa. Kim dzisiaj jest ten gość. Ojcem na pewno. Dziadkiem też. Lecz także i chłopcem. Ma go w sobie od lat. I pielęgnuje go z urokiem przynależnym tylko nielicznym, dojrzałym facetom. Tak jak innych prawdziwych mężczyzn, jego też do życia nieustannie pcha pasja. I wszystko co trzeba robi z pasją właśnie. Prowadzi firmę, opiekuje się wnukami i naprawia rodzinny dom. A gdy niechcący jakaś wolna chwila się zdarzy ucieka na żagle. By tam, z daleka od lądowych trosk, odnaleźć w sobie nową energię. I z nią wracać do codziennych, rodzinnych i zawodowych spraw.

P” – jak Pirat, pojawił się na progu jego żeglarskiej przygody. Nie wiadomo, czy już wtedy go tak zachwycał – jak dzisiaj. Faktem jest, że wówczas nie istniał świat plastikowych wydmuszek. Drewniane jachty nie robiły na nikim żadnego wrażenia. Po prostu innych nie było. Pirat – przedwojenna, niemiecka klasa narodowa przyjęła się i w Polsce. Tyle, że dopiero po wojnie. W latach sześćdziesiątych i trochę późniejszych na Mazurach królowały Omegi Juliusza Sieradzkiego i właśnie Piraty Clausa Martensa.

P” – jak przypadek. To on sprawił, że po latach zrujnowany wojną i latami zaniedbania pojawił się wrak takiego Pirata w jego rodzinnym ogródku. Długo stał tam przykryty plandeką i czekał na swój czas. Czas, w którym Paweł znajdzie chwilę i pieniądze, by go odrestaurować i zwodować. I taki czas wreszcie nadszedł. Rozpoczął się żmudny okres prac remontowych. Minęło dokładnie pięćdziesiąt lat odkąd dwóch dzieciaków z sekcji żeglarskiej warszawskiego Pałacu Młodzieży po raz pierwszy weszło na pokład takiego Pirata. Pięćdziesiąt lat później dwóch dojrzałych jachtowych kapitanów żeglugi wielkiej wpływa do portu w Pieczarkch oryginalnym jachtem klasy Pirat z tabliczką znamionową niemieckiej stoczni datowaną 1935. Tak jak to sobie zaplanował i wymarzył Paweł Tiunin. I teraz flaga „P” ponownie powiewa na flagsztoku jego Pirata.

Pieczarki 2022.

Tekst: Andrzej Jaźwiński

Foto: Jarosław Grabowski

Film: Paweł Tiunin

* SZ – łódź wiosłowa-żaglowa. Powstała na bazie szalupy, podobnie jak bardziej popularna i większa DZ-ta.